Swiat Wg Hanki

Irytacje, frustracje, bulwersacje, komentarze i zycie codzienne

 

Niedlugo konczy mi sie waznosc dowodu osobistego. Niby mam brytyski paszport, ale gdzies mi sie obilo o uszy, ze jesli trafimy na bardziej czepiajacego sie oficera strazy granicznej, moze wedlug prawa wymagac potwierdzenia tozsamosci polskim dokumentem przy wyjezdzie z Polski. Wolalabym mimo wszystko nie miec takiej sytuacji. Rodzina doradza: Hanka, teraz to mozna aplikowac o dowod przez internet. Hanka mysli: o jak super!

Zachecona mysla szybkiego zalatwienia sprawy szukam informacji u profesora Google. Dowiaduje sie, ze musze zalozyc konto na platformie ePUAP. Co oczywiscie czynie poslusznie. Czytam dalej: aby moc skladac wnioski musisz miec Zaufany profil na platformie ePUAP albo autoryzowany podpis elektroniczny. Tego drugiego nie posiadam, wiec zostaje mi opcja Zaufanego profilu.  I tu zaczyna sie smiesznie i smutnie jednoczesnie. Aby miec Zaufany profil musze sie udac osobiscie do Punktu potwierdzajacego tozsamosc (urzedu w Polsce) z dowodem osobistym lub paszportem. W tym momencie dociera do mnie, ze jednak przed przyjazdem do Polski dowodu wyrobic sie nie da. Ale za to bede mogla podczas urlopu pojawic sie w urzedzie, zeby udowodnic swoja tozszamosc przeterminowanym dowodem osobisty, aby moc aplikowac o dowod osobisty i odebrac go kiedy bede w Polsce nastepnym razem (za 6-12 miesiecy). No niech im bedzie, zloze zgloszenie o Zaufany profil, bo moze sie on przydac w przyszlosci. Wypelniam formularz: imie, nazwisko, adres, email, numer telefonu… ERROR! – numer telefonu niewlasciwy. Jak to nie wlasciwy!  Wpisuje ponownie – ERROR! Trzymajcie mnie, bo laptop poleci przez okno. Co robie? Pisze do biura obslugi klienta. Moj angielski numer telefonu nie zostaje przyjety przez system. Odpowiedz: portal przyjmuje tylko numery telefonow polskich operatorow. Heee?? Czy przypadkiem nie kloci sie to troche z celem zalatwiania spraw przez internet dla osob nie mieszkajacych w Polsce?? TAK, troche sie kloci… co teraz? Zakup polskiego numberu, zeby tylko moc zlozyc zgloszenie o Zaufany profil, bo sie kiedys moze przydac…

Rece mi opadly. Entuzjazm wyparowal.  Przyjdzie mi aplikowac osobiscie podczas wizyty w Polsce. Zaufany profil na ePAUP bedzie musial poczekac.

 

Sylwester

 

Jako, ze dzisiaj ostatni dzien w roku, wpis bedzie na ten temat sylwestra. Osobiscie nie lubie Sylwestra. Nie chodzi o to, ze nie lubie sie bawic. Lubie, a jakze. Dobrej imprezy nigdy nie przepuszcze. Ale fakt, ze na sylwestra jest wymaganie zabawy i oczekiwanie, ze ludzie beda swietowac juz do mnie nie przemawia. A co sie stanie jak sie nie bede bawic? Albo jak pojde sie bawic i co gorsza bede sie zle bawic? Niektorzy maja cisnienie do imprezowania az do samego rana. Przyklad – Hankosiostra. Wg Hankosiostry trzeba tanczyc, spiewac, zycia uzywac, pic do rana. Bron bozszz nie probuj zasugerowac, ze idziesz spac, bo dopiero sie zacznie… dostaniesz wyklad jak to (i tutaj cytat) „nie umiesz sie bawic”… Slucham??? Nie umiem sie bawic? A przepraszam kto wyznaczyl Hankosiostre do decydowania czym jest dobra zabawa i czy ludzie sa w niej dobrzy albo zli? Czy ukonczyla jakis kurs? Zdawala egzamin? Najwyrazniej, bo ocenie padaja ludzie na roznego rodzaju imprezach. Na przyklad urodziny. Moje, czy Menza… malo wazne. Ale jest impreza. Znajomych mamy o roznym temperamencie. Niektorzy sa glosni, nawet bez alkoholu, inni po alkoholu, jeszcze inni dobrze sie bawia siedzac i rozmawiajac z innymi uczestnikami imprezy, zartujac, opowiadajac/sluchajac rozne zyciowe anegdoty. O ZGROZO!!! Jak Ci ostatni nie umieja sie bawic. Ile to ja razy uslyszalam. Dlaczego? Bo nie bawia sie jak Hankosiostra. Czyli nie bawia sie dobrze…

Zostawmy temat przymusowego bawienia sie dobrze i podejmijmy tematyke bardziej filozoficzna. Sylwester to koniec roku i poczatek nowego. Cos sie konczy, cos sie zaczyna. Fair enough jesli rok miales niezbyt ciekawy. Nie mozesz sie doczekac nowego z nadzieja, ze przyniesie lepsze czasy. Ale jesli rok byl naprawde dobry? Zaczyna sie pojawiac pewna obawa, glos w glowie – a co jesli nastepny bedzie gorszy? Uogolniam tutaj oczywiscie, bo podejscie do tego zagadnienia zalezy od osobowosci, nastroju i wychowania. Jednak dla mnie moment kiedy zegar wybija dwunasta zawsze konczy sie jednym – lzami… Tak juz mam. Nadwrazliwa i sentymentalna dusza ze mnie. I mozna pomyslec sobie, przeciez to jest kolejny dzien, nie rozni sie za wiele od innych, rownie dobrze moglaby byc to dwunasta, ktoregos dnia we wrzesniu… ale nie jest. Moge bawic sie na imprezie lub siedziec z Menzem na sofie ogladajac telewizje. W momencie gdy zegar wybija dwunasta, zaczyna sie potok lez, bez powodu, ot tak. To chyba tak jak z wchodzeniem po schodzach w bloku. Idziesz sobie, krok po kroku, stopien po stopniu (to jest Twoj rok). Po 8 stopniach (tyle bylo u mnie w bloku) dochodzisz  do polpietra. Polpietro to wlasnie Sylwester. Zadowolony jestes z siebie, te stopnie po kolei udalo Ci sie z mniejszym lub wiekszym trudem pokonac, a przed Toba kolejny zestaw stopni. Wiesz, ze bedziesz musial znowu po nich stapac z wiekszym lub mniejszym trudem, ale przez ulamek sekudny (moze dluzej jesli nie masz kondycji i musisz sie zatrzymac) na tym polpietrze przez glowe przejdzie Ci mysl: o rany, kolejne schody. Co robisz? Idziesz dalej. Do kolejnego pietra, czy polpietra.

Zycze Wam moi drodzy czytelnicy, zebyscie z latwoscia i lekkoscia stapali po kolejnych stopniach do kolejnego polpietra. Happy New Year i szczesliwego Nowego Roku!

 

Mam problem (chyba)

3

 

Okazalo sie, ze chyba mam problem. Jednak nie zamierzam go leczyc. Ale po kolei… Ostatnio zdecydowalam sie zrobic porzadki w szafie. Takie rutynowe, bo czemu by nie. Zaczelam wyciagac swoje spodnice. Jedna, druga, osma, dwunasta… Szesnascie??!! Powaznie? A jednak! Jestem wlascicielka 16 pieknych, letnich, roznokolorowych spodnic w stylu lat 50-tych. Pokrecilam glowa przegladajac jedna po drugiej i zastanawiajac sie czy ktorejs z nich w ciagu ostatnich kilku miesiecy moze nie ubralam, czy nie mam w planie ubrac… Zadna jednak nie spelniala tego kryterium. Krzyknelam do Menza sprzatajacego na dole, aby zgadl ile jego Hanka ma spodnic. Menzu nie znosi tego typu zabaw, wiec dowiedzialam sie, ze pewnie z 50… Zepsul mi cala zabawe.

- 16! – Krzyknelam.

- Ile? – pojawia sie niedowierzajace pytanie.

- 16!

- Na glowe mi baba upadla – stwierdzil Menzu.

 

Moze i upadlam, ale one takie piekne te moje spodniczki. Coz poradzic. Zaczelam wieszac je ladnie na wieszaczkach kolorami i nagle przyszlo mi cos na mysl… A gdzie jest ta czarna w kwiaty i ta zielona co ostatnio kupilam? Yyy…. aha! Wsadzilam je do szafki zeby je skrocic. Super. Otwieram szafke i wyciagam z niej kolejne 8 odlozonych do skrocenia… Tak drogi czytelniku. W owym momecie bylam posiadaczka 24 pieknych, letnich, roznokolorowych spodnic w stylu lat 50-tych. Chcialabym oczywiscie podkreslic, ze to letnia kolekcja. Zimowych nie przebieralam jeszcze, ale zakladam, ze liczba ta nie bedzie tak porazajaca.

 

- Menzu, zgadnij ile mam spodnic letnich?

- Mowilas mi juz. 16.

- Nie dokladnie. Szybki update… 24…

- A moglabys juz przestac porzadkowac szafe, bo Ci sie te spodnice dziwnie mnoza? 

 

Przyjazn – delikatna sprawa

 

Ostatnio doszlam do wniosku, ze najprawdopodobniej oprocz Menza nie mam przyjaciol / przyjaciolek. Wprawilo mnie to w niesamowite przygnebienie. Waze tutaj slowa, zeby dokladnie przedstawic moje odczucia, co nie jest proste i zapewne spotka sie z ocena mnie jako jakiejs psychopatki.

Mam duzo dobrych znajomych, a slowa „przyjaciel” uzywam bardzo oszczednie. Ale okazuje sie, ze i tak zbyt rozrzutnie… Mam ostatnio wrazenie, ze sie troche z ta przyjaznia narzucam. Ze uwazalam niektorych za przyjaciol, a oni mnie niestety nie. Najwyrazniej juz maja to stanowisko obsadzone przez kogos innego na stanowisku best friend, a ja jestem tylko dodatkiem. Wypelniaczem pustych przestrzeni, gdy ta druga osoba nie ma czasu. Chyba potrzebuje jednak sama byc na tym „stanowisku”, wyznajac zasade: „Nie bedziesz mial przyjaciol innych przede mna”. Rola „przyjaciolki na zastepstwo” jest dosc frustrujaca. Tak juz mam…

Kazdy jednak ma inne potrzeby, jesli chodzi o wypelnienie miejsca przyjacielem w swoim zyciu. Sa ludzie (jak moja siostra), ktorzy do szczescia innych nie potrzebuja. A ja potrzebuje! Co poradzic?!

Jakim jestem przyjacielem? Przede wszystkim troskliwym i pomocnym. Martwie sie o swoich przyjaciol, staram sie pomoc jak tylko moge, podnosze na duchu i pcham do przodu. Potrafie rzucic wszystko i gnac przez noc (ku „radosci” Menza), kiedy przyjaciel potrzebuje pomocy. W zamian oczekuje, zeby mi na to pozwolono, dano mi mozliwosc sluzenia pomoca i oparciem, pytac sie o rade. Chce byc potrzebna. Domagam sie takze, aby moj przyjaciel zapytal sie jak sie czuje, co sie dzieje, pocieszyl, jesli mam gorszy dzien. Jesli dziele sie jakas osobista informacja, chce zeby sie do niej odniesc z troska, zainteresowaniem. Przeprowadzic chocby bardzo krotka rozmowe na ten temat. Nie ignorowac mnie i moich wiadomosci. Potrzebuje takze zeby czasami zaproponowac sesje alkoholizowania sie, jesli czasy sa trudne lub jest sporo do obgadania. Ja odwdziecze sie tym samym lub tez innym wypadem bardziej odpowiadajacym sytuacji jak np: dzien w SPA, wycieczka w gory itp.

Jestem tez przyjacielem dzielacym sie informacjami. Jesli dzieje sie cos w moim zyciu to chce sie podzielic informacjami z przyjaciolmi. Chce moc wypowiedziec swoje opinie na rozne tematy. Swoje frustracje, irytacje i komentarze na temat sytuacji z zycia codziennego. Jesli starasz sie byc tajemniczy  lub dowiaduje sie o pewnych sytuacjach od innych, czuje sie bardzo odsunieta, niepotrzebna (odwoluje sie do paragrafu powyzej). Mam wrazenie, ze te informacje przekazywane sa innym, nie mnie jako nadwornej przyjaciolce. Dlatego tez zasada dzielenia sie informacjami, jest dla mnie wazna. Lubie wiedziec. Nie rozprzestrzeniac (czytaj plotkowac), tylko wiedziec. Jesli nie wiem, moja wyobraznia zaczyna dzialac i czesto nie jest to najlepsze rozwiazanie. Ani dla mnie ani dla naszej przyjazni.

Ostatnio gdzies przeczytalam: „Prawdziwych przyjaciol poznaje sie w szczesciu, bo tylko nieliczni potrafia zniesc nasze sukcesy”. Cos w tym musi byc. Gdy ja lub Menzu dostajemy awans, gdy cos nam dobrze idzie, gdy jestesmy dumni z remontu sypialni  – chcialabym moc sie z przyjaciolmi tym podzielic, naturalnie dzielac sie radoscia. Bo jesli opowiadam Ci o moim sukcesie, a ty sie ze mna zaczynasz licytowac, to robi sie jakies dziwne wspolzawodnictwo, ty cos chyba jest nie tak.  

Niestety jestem tez czasami zbyt intensywna. Jest mnie za duzo za czesto. I jestem tego swiadoma i pracuje nad tym. Jestem (jak to Anglicy mowia) needy, czyli potrzebujaca (uwagi, czasu, zainteresowania), jak widac z powyzszej listy zyczen, oczekiwan.

Menzu uwaza, ze mam tez zbyt mocne i wyraznie okreslone opinie na pewne tematy i mimo, iz ludzie przychodza po porade, czasami nie slysza tego co chcieli by moze uslyszec, obruszaja sie i ida do kogos innego. Ten ktos moze powie im to co mieli nadzieje uslyszec. Ale chyba szczerosc jest fundamentem przyjazni, czyz nie?

Inna sprawa jest taka, ze dogaduje sie o wiele latwiej z facetami. Zawsze tak bylo. Mnostwo kumpli, nieliczne kolezanki. Z kobietami niestety idzie mi strasznie ciezko. Wiekszosc ma dzieci i rozmawia glownie o nich. Albo o jakichs kawkach (nowe jakie chocamoccakupachino), ktore odkryly w jakiejs kafejce i innych pierdolach, ktore mnie kompletnie nie interesuja. Na imprezach zwykle orbituje wokol facetow, bo ich historie, tematy, zarty bardziej mi pasuja, niz wieczne rozmowy o dzieciecych kupach, chorobach i osciagnieciach w rozwoju (ziew). Oczywiscie nie mozemy generalizowac. Przyznam, ze sa nieliczne babki odbiegajace od tych opisanych powyzej, ale wlasnie te sa juz „zajete” albo mieszkaja za daleko.

Mam zly dzien… Niech mnie ktos kurde zabierze po pracy do pubu (Menzu nie lubi wychodzic) albo wpadnie z butelka Gin’u, czy kubelkiem lodow o smaku orzechow wloskich! Jakis przyjaciel moze? Niestety nie. Bo trzeba go najpierw miec… 

 

 

Zawsze wydawalo mi sie, ze jestem dziwna. Dziwna w roznych aspektach zycia, ale tego sie nie spodziewalam. Odkrylam ostatnio, ze cierpie na mizofonie. Co to za bydle zapytacie? To takie bydle, ktore powoduje silna negatywna emocjonalna reakcjie w odpowiedzi na okreslone odglosy (czasami takze na wrazenia wzrokowe), szczegolnie te wydawane przez innych ludzi, czasami tylko niektorych.

Widze oczyma wyobrazni drogi czytelniku twoj ironiczny pol usmiech. Zastanawiasz sie co ta Hanka plecie. A ta Hanka sama nie wiedziala, ze cos ma choc problem z dzwiekami miala od zawsze.

O tym, ze jest to choroba dowiedzialam sie z programu telewizyjnego, gdzie komicy nasmiewali sie z dziwnych przypadlosci, a specjalisci tlumaczyli ich nazwy/pochodzenie itd. Miedzy innymi byla pani, ktora wyjada gabki z sof czy foteli… Byla dziewczyna, ktora zapada w sen, gdy ja cos rozbawi. Byl chlopak, ktory je wylacznie jasne jedzenie. Byla takze dziewczyna, ktora nienawidzila dzwieku pisania na klawiaturze… Ale ubaw ojej po pachy normalnie. Wtedy po raz pierwszy uslyszalam slowo mizofonia.

Zaczelam czytac wiecej na ten temat. Okazuje sie, ze choroba ta moze doprowadzic ludzi do izolacji. Niektore osoby cierpiace na mizofonie wola nie wychodzic z domu, w obawie przed napotkaniem znienawidzonego dzwieku.

Moge was zapewnic, ze nie jest ze mna az tak zle. Dobrze jednak tez nie jest, bo nad nagle pojawiajaca sie zloscia nie da sie panowac.

PRZELYKANIE

Przelykanie laduje na samej gorze listy dzwiekow doprawadczajacych mnie do szalu. Negatywne ich odbieranie nasila sie przy zmeczeniu organizmu, niewyspaniu. Oj ile razy Menzu zostal wyrzucony z pokoju z kubkiem kawy, ile razy musial znosic moje zlosci przy oproznianiu butelki piwa… Glosnemu przelykaniu mowie stanowcze nie. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, ze jak ktos stara mi sie zrobic na zlosc (kilka osob ma ten przywilej znac moj stosunek do przelykania), to nie robi to na mnie wrazenia. Krew gotuje sie, gdy ktos bezwiednie glosno przelyka. I tutaj przechodze do przykladu w pracy. Dolaczyla do naszego zespolu kolezanka (na czas okreslony – na cale szczescie). Nazwijmy ja Violeta. Violetka uwielbiala swoje herbatki. Pracujemy w otwartym biurze, wiec bardzo usilnie staralam sie zawsze skoncentrowac na innych dzwiekach biura, aby nie slyszec jej przelykania. Niestety w momentach kiedy mielismy spotkania w malym gronie w malych pomieszczeniach, nie dalo sie od tego dziweku uciec. Przez wiekszosc spotkania zagryzalam wargi, zaciskalam piesci, w glowie huczlo: JAK MOZNA TAK GLOSNO PRZELYKAC! BIERZ MNIEJSZE LYKI!!!  AAAA!!!!!!  Nawet zaproponowalam szefowej wprowadzenie zakazu przynoszenia napojow na spotkania (w formie zartu oczywiscie).

WIERTARKA

Z wierceniem mam problem od dziecka. Dzwiek wiercenia nie zlosci mnie, ale powoduje wewnetrzny niepokoj. Pomaga wtedy zatkanie uszu. Jednak jak mozna sie domyslic, doroslej kobiecie nie wypada. Ale co ciekawe, nie mam problemu z wierceniem, kiedy ta czynnosc wykonuje sama. Z Menzem bylismy zaangazowani w duzo prac remontowych u siebie oraz u przyjaciol w domach. Dla spokoju ducha zawsze zglaszam sie do wiercenia. Dziurke komus? ;)

SIORBANIE

W tym przypadku tez sa ludzie, ktorzy przoduja w irytowaniu mnie tym dzwiekiem. Na samym czele – moi tesciowie. Oj trzymajcie mnie jak mozna tak glosno i przeciagle siorbac! Do posilkow tesc wyciaga swoja sztuczna szczeke i zaczyna sie jazda… Dobrze, ze widzimy sie kilka razy do roku i nie jemy obiadow ze soba tak czesto. Istna katorga.

MLASKANIE

Jesli chodzi o mlaskanie to nie rusza mnie rzucie gumy czy mlaskanie podczas jedzenia. Chodzi mi o takie mlaskanie jak w przypadku generala Jaruzelskiego. Nie wiem czy pamietacie lub czy byliscie juz na swiecie gdy w latach 80tych pan general Jaruzelski mial w telewizji swoje przemowy. Co kilka slow odbywalo sie mlasniecie… no nie dalo sie tego sluchac. Obecnie dzwieki mlaskania podslysze w radiu, kiedy czytane sa wiadomosci. Stacja jest momentalnie zmieniana na inna. Nie potrafisz kontrolowac swojej sliny podczas mowienia? Nie pracuj w radiu!

ODDYCHANIE

Oddychanie zlosci mnie glownie wtedy, gdy zlosci mnie Menzu. Wtedy przeszkadza mi w nim wszystko. Idz sobie i oddychaj gdzie indziej!

INNE DZWIEKI

Lista innych dzwiekow zmienia sie raz na jakis czas. Pojawiaja sie nowe, inne zanikaja lub przestaje na nie zwracac uwage. Ostatnio „hitem” z kategorii inne dzwieki, jest dzwiek wykonywany przez moja kolezanke z pracy, siedzaca przy biurku obok. Jest to pstrykanie paznokciami, paznokiec o paznokiec, kiedy sie skupia i cos czyta… ghhrrr… Jak zlapie nozyczki, jak poucinam pazury!!! Nie bedzie czym pstrykac!!! HA HA!

Moja tesciowa bawiaca sie swoja nowa szcztuczna szczeka w paszczy podczas ogladania telewizji…

Szeptanie w reklamach… (kill me now!)

Moj chrapiacy jak niedzwiedz ojciec…

Menzu odksztuszajacy…

Menzu kichajacy…

Fascynujace w tym wszystkim jest to, ze ludzie na okolo w wiekszosci przy cichszych dzwiekach nie beda slyszeli tego co ja. Musze zwrocic ich uwage w dokladnym momencie, gdy dany dzwiek sie pojawia. Dopiero wtedy go zauwazaja, albo tez nie. Przy glosniejszych, za bardzo nie wiedza o co mi chodzi… no coz…

Wiedzac teraz, ze cierpie na mizofonie bede mogla naukowo usprawiedliwic kolejne warkniecie skierowane w kierunku Menza za jego przelykanie, kichanie, odksztuszanie, oddychanie…  ;-)

 

 

 

Hanka krawcowa – c.d.

1

 

Troche dzisiaj bedzie o moim szyciu. A dokladnie pierwszym wykonanym projekcie.

Jakis czas temu, a dokladnie w styczniu (tak wiem, mam straszny poslizg w pisaniu) wzielam sobie dzien wolnego. Chcialam go poswiecic na szycie. Mialam w glowie wizje pufki do siedzenia – takiej kostki wypenionej kuleczkami styropianowymi. Jako material uzylam zniszczonych przez psa poduch z sofy. Kupilam taka sama sofke w zamian tej zniszczonej, wiec kostka miala w planie idealnie pasowac do zestawu. Zakupilam takze specjalne nici tapicerskie, bo znajome krawcowe tak polecily.

Najpierw musialam dokladnie rozplanowac jak bede ciela moje 6 kwadratow. Material w wielu miejscach byl poszarpany, musialam wiec troche kombinowac z wielkoscia kwadratow i miejscem ich wycinania. Plan zakladal kostke o wymiarach 50x50x50 cm. Zycie to zweryfikowalo i ostatecznie wyciete kwadraty mierzyly 45x45cm.

Przed szyciem na maszynie sfastrygowalam recznie 2 kwadraty ze soba (fastrygowanie – prowizorycznie laczyc tkaniny za pomoca rzadkiego sciegu) i kolejne 2 kwadraty ze soba. Chciala miec pewnosc, ze nie beda mi sie przesuwac podczas szycia na maszynie. Zasiadlam do maszyny, dostosowalam ustawienia odpowiednio do grubego materialu i zaczelam zszywac. Najpierw te moje podwojne zestawy. Nastepnie wyciagnelam nitki z fastrygowania, po czym sfastrygowalam 2 podwojne zestawy ze soba. Nie obylo sie bez wpadki. Jeden zestaw zszylam zla strona… To lecimy – odpruwanie i fastrygowanie na nowo. I do maszyny. Nie ukrywam, ze latwo nie bylo. Okazalo sie, ze moje katy proste nie zawsze byly takie proste. Problemy pojawialy sie wiec przy rogach. Do tego maszyna najwyrazniej nie zostala stworzona do szycia tak grubych materialow i zaczela mi lekko smierdziec spalenizna. Robilam jej przerwy, kiedy zajmowalam sie fastrygowaniem, albo odpruwaniem fastrygi, zeby mi sie nie przegrzewala. Przeciez musialam skonczyc kostke, niezaleznie od fochow maszyny.

Zostaly mi 2 ostatnie kwadraty, kiedy pekla mi igla… tak wziela sobie i pekla.

Dobrze, ze mialam zapasowa. Szybko wymienilam i gotowa bylam szyc dalej. Do mojej polaczonej juz czworki zaczelam dolaczac piaty kwadrat. Wtedy wlasnie moja maszyna zaczela stroic dalsze fochy i platac nitki w bebenku wewnetrznym.

O ile radosci mialam z tego tytulu. Sciaganie obudowy bembenka, wyciaganie bebenka, odplatywanie nitki w bebenku… Przyznam sie… Krzyczalam na nia, na ta maszyne… Jakby mialo to cos pomoc. Ostatecznie szycie bylo kontynuowane bez obudowy bebenka, abym mogla obserwowac czy sie nie haczy, aby w pore zareagowac.

Zostal mi ostatni kwadrat, do ktorego musialam jeszcze wszyc zamek blyskawiczny. Od poczatku wycielam go szerszego, aby zrobic zakladki po jednej i po drugiej stronie aby nie bylo zamka widac. O dziwo poszlo mi rewelacyjnie. Z tego zamka jestem chyba najbardziej zadowolona. Nawet znajoma krawcowa byla pod wrazeniem. A co! 

 

Na koniec zostalo mi wywrocenie mojego tworu na lewa strone i doszycie (najpierw fastryga, potem maszyna) ostatniego kwadratu. Oj jaka to byla radosc kiedy skonczylam. Jedyne co mi zostalo to wypelnienie jej kuleczkami. Bylo ciekawie… Jak mozna sie domyslic 80% kulek wpadlo do srodka, 20% kulek wyladowalo po podlodze. I tu wlasnie doszlo do mnie, ze przydaloby sie cos na wzor rekawa, takiego golfa przyszytego do wewnetrzej strony zamka, ktory pomoglby w napelnianiu kostki. Taki rekaw co pozniej go moznaby zawiazac/zapiac i schowac do srodka. Niestety bylo juz troszke za pozno. Moze kiedys, jak kulki sie ubija doszyje taki rekaw.

Mimo wszystko kostka przypominala kostke. Co prawda nie ma wystajacych rogow, jak typowa kostka. Bo to taka nietypowa kostka. Niestety bledem moim bylo zostawienie sporych kawalkow materialu od sciegu. Kulki nie byly w stanie wypelnic rogow dokladnie przez ilosc materialu tam znajdujacego sie.

Mimo calej tej zlosci na kaprysna maszyne, byl to niesamowicie relaksujacy dzien. Cala moja uwaga skoncentorwana byla na tej kostce i ani razu nie pomyslalam o pracy. Do tego dzwiek dzialajacej maszyny, ktory kojarzy mi sie z dziecinstwem i czas spedzonym bawiac sie przy szyjacej babci, byl niesamowicie kojacy.

Ale jest kostka! Sama ja zrobilam. Spedzilam caly dzien, aby powiedziec: to jest moje dzielo. W ostatecznym rozrachunku: Hanka 1 – sfochowana maszyna 0.

 

 

Do refleksji na temat poligamii i poruszenia tego tematu na blogu naklonil mnie ostatnio ogladany program w telewizji. Mowiac o poligamii ludzie za zwyczaj maja na mysli poligynie, czyli jednego meza i wiele zon. Zwiazki takie czesto wystepujace u Muzulmanow. Nawet w Wielkiej Brytani. Dawno temu nasluchalam sie opowiadan od emigrantow i dziecmi imigrantow z Pakistanu. Sprawa wyglada tak, ze jedna zone legalnie maja na miejscu w Anglii, a pozostale za granicami. Czasami udaje sie je sciagnac na wize jako siostre. Jednak, jak twierdzili moi rozmowcy, posiadanie wielu zon to nie taka prosta sprawa, bo kazdej z nich musza zapewnic dom i godziwe warunki zycia. Dlatego nawet jak uda sie im ta zone z zagranicy sciagnac, musza jej zapewnic osobny dom. Nie do pomyslenia jest, aby zony mieszkaly razem. Zakladam, ze chodzi o ty, zeby sie nie zmowily przeciw kiepskiemu mezowi ;) Dlatego jesli mezczyzna juz zdecyduje sie na posiadanie wiecej niz jednej zony, z reguly woli pozostale utrzymywac za granica.

Drugim rodzajem poligamii jest poliandria, czyli jedna zona, a wielu mezow. Ta wersja zdecydowanie podoba mi sie bardziej. Najbardziej znany model poliandrii wystepujacy głównie w Indiach i Tybecie to taki, gdzie kobieta bierze za mężów braci. A moze bardziej to oni wybierają ją za żonę lub ślub jest aranżowany przez rodzine.

Rozni specjalisci wypowiadajacy sie w tym programie twierdzili, ze czlowiek nie jest stworzony do bycia w zwiazku monogamicznym. Dziwne… Labedzie moga, pingwiny krolewskie tez, a ludzie nie… Hmmm…

Specjalisci dywagowali na temat powodow posiadania drugiego malzonka w obecnym swiecie, gdyby poligamia byla legalna. Jednym z wymienionych (oprocz pobudek czysto fizycznych) byla chec wypelnienia brakow w tym pierwszym malzonku.

„Jesli tak to moj Menzu numer dwa musi grac na gitarze klasycznej, chodzic ze mna na zajecia z Salsy i wykonac drobne prace remontowe, bez marudzenia.” – mowie do Menza. „A Twoja Hanka numer dwa jaka musialaby byc?”

Menzu bez chwili zastanowienia: „Ale mi nie potrzebna druga zona”. O jak milo, ze jego system samozachowawczy dziala tak bezblednie.

Znam go troche, wiec zdecydowalam, ze wymysle Hanke numer dwa za niego. Musialaby byc bardzo atrakcyjna, najlepiej z pochodzenia Indyjka, umiejaca robic curry (bleh) i lubiaca zwiedzac miasta. I na pewno musialaby byc mniej urpierdliwa gadula niz ja. W odpowiedzi Menzu pokrecil glowa z politowaniem i wyrazem twarzy pod tytulem: Co ty Hanka masz w glowie?

Nalezy dodac, ze jestem typem zazdrosnika. Zazdrosc o jednego Menza jest uciazliwa, a o dwoch? Zreszta jesli ja zyskuje Menza numer dwa a on Hanke numer dwa to juz jakas bedzie dziwna komuna nie malzenstwo. To sie nie ma prawa udac.

Z calego powyzszego wywodu wynika kilka zdecydowanych tez:
- Menzu nie moze miec Hanki numer dwa.
- Hanka numer jeden musi ogladac mniej telewizji, zajac sie czyms pozytecznym i nie rozmyslac nad bzdurami.

 

Dreaming emoticon (Sleeping emoticons)

Jestem jedna z tych osob, ktore maja bardzo intensywne sny z zawila fabula. Czesto budze sie z rana bardziej zmeczona niz sie kladlam. Mam to chyba po mamie, ktora na podstawie swoich snow moglaby pisac powiesci i horrory. Menzu natomiast rzadko pamieta co mu sie snilo.

Moim najwiekszym koszmarem jest sen, w ktorym jestem na studiach i mam jakis egzamin, o ktorym nie wiedzialam, albo przez caly rok nie chodzilam na jakis przemiot, o ktorym nie wiedzialam. Zakladam, ze wynika to z mojej wewnetrznej potrzeby bycia zorganizowana i przygotowana do wszystkiego.

Czasami zdarza mi sie Menza przylapac na zdradzie we snie. Zawsze wyglada jakby nic sie nie stalo z wyrazem twarzy: ale o co to cale zamieszanie… Oczywiscie z rana oberwie mu sie za to i caly dzien bede mu o tym glowe truc. Menzu sie z tego smieje i najczescie podlapuje temat i go ciagnie przez caly dzien.

Sa jednak sny, ktore zostaja mi w glowie. Takie dziwne, co maca w glowie. Jakis czas temu snila mi sie zmarla mama naszego przyjaciela. Taka smutna cala. Martwila sie o niego. Martwila sie, ze zostal sam. To jej obiecalam, ze bede miala go na oku i zawsze bedzie mogl na mnie liczyc. Niby glupota. Niby sen. Ale jednak staram sie wypelniac ta obietnice.

W niedziele mialam bardzo dziwny dzien i po takim wlasnie dziwnym snie. Dzien wczesniej bylismy z Menzem w kinie na filmie, ktorego koncowka spowodowala u mnie lawiny lez i ogolne roztrzesienie (wrazliwosc – poziom zaawansowany). Sen moj moge tylko tlumaczyc wlasnie stanem roztrzesienia. Otoz jest osoba, z ktora dawno sie nie widzielismy, ale jestesmy w kontakcie. Spedzilam z ta osoba wiekszosc mojego snu. Rozmawialismy na rozne tematy, smialismy sie… Taka ogolna bliskosc, cieplo. Obudzilam sie i ogarnal mnie smutek i tesknota. Chcialam spac dalej, zeby wrocic do tak mile spedzonego czasu. Bylo mi smutno, ze osoba ta jest tak daleko. Caly dzien bylam przez to taka wyciszona i amyslona. Kilka razy ogarnela mnie nawet zlosc na ten stan. Za kazdym razem jak wracam mysla do tego dnia dziwi mnie dlaczego sen mial taki mocny wplyw na mnie. Moze to znak podswiadomosci, ze osoba ta jest mi blizsza niz mi sie wydawalo? Nie wiem.

Natomiast dzisiaj w nocy bylam aktorka w filmie akcji. A co! Musi byc cos dla odmiany.

 

 

 

W nocy spadlo 5cm sniegu. Czesc ludzi do pracy nie przyjechala, spora czesc sie spoznila, a cala reszta od rana narzeka na straszne warunki pogodowe. Lokalne lotnisko zamkniete. Kilka szkol w rejonie tez. I tak za kazdym razem jak swiat zostaje przykryty ta piekna biala pierzyna. 

Mieszkam tu juz tyle lat i chyba zostanie to jedna z tych rzeczy do ktorej sie nigdy nie przyzwyczaje. Jak mozna tak panikowac z powodu sniegu? Jak mozna to robic za kazdym razem gdy on sie pojawi? Zachowuja sie jakby zapominali jak sobie radzic ze sniegiem w momencie gdy on stopnieje. Kolejnym razem, gdy spanie snieg znow pojawia sie panika. I tak w kolko.

U Menza w pracy nawiazala sie rozmowa miedzy wspolpracownikami. Jedna para mieszkajaca 10 minut drogi samochodem od miejsca pracy, 20-30 minut na piechotke, zapowiedziala, ze jak spadnie snieg to oni nie przyjada bo to niebezpiecznie. To w takim razie przyjdzcie na piechote. Nie, bo to tez niebezpieczne. Padly swiete angielskie slowa: Health and Safety hazard (tlumaczenie: ryzyko zwiazane z BHP). Nalezy jednak zwrocic uwage istotna rzecz, ktora podwazaja ta ich cala teorie. Przynajmniej raz do roku jezdza na narty… Ale to wszystko nie wazne, bo sa rodzina wlasciciela firmy wiec sobie robia co sobie chca. 

Mimo tej ogolno spolecznej paniki Anglicy dosc czesto sami powtarzaja, ze przeciez inne kraje maja gorzej ze sniegiem. Jest go wiecej i  lezy dluzej. Ale wtedy tez pojawiaja sie specjalisci mowiac, ze mieszkancy tych inncyh sa do tych warunkow pogodowych przyzwyczajeni. Inni specjalisci zaczynaja dywagowac na temat roznych rodzajow sniegu. Bo ten w Anglii jest najciezszy, najbardziej sliski i niebezpieczny.

Oj jacy oni sa biedni…

ghhrrr…

Taka bestia – stres

 

picture by Amy Mud Pie FlickrStres to jest kolejna bestia, z ktora sie musze uzerac. Jak juz wczesniej sie nad soba uzalalam, nie robiac wymowek wcale ani troche, nasz maly zespol uszczuplony zostal o jedna osobe. Pracy mnogo. Jestem osoba, ktora wierzy w dobra organizacje pracy. Zawsze planuje wszystko, staram sie zapobiegac, dzialam proaktywnie. Niestety ostatnie miesiace powoduja, ze na bycie proaktywna czasu nie ma. Na bycie systematyczna tez co raz mniej. Robota sie pietrzy, nie ma jej kto zrobic, klienci troche marudza, co chwile nowy problem do rozwiazania dodatkowo do naszych zaplanowanych obowiazkow. Nie lubie tak. Czuje, ze nie mam kontroli nad tym co sie dzieje. Nie wiem jaki projekt w jakim momencie jest. Kogo pogonic, kto zalega, czy moze juz wszyscy wszystko zrobili i to na mnie czekaja. Nie watpliwie jestem „control freak” (w wolnym tlumaczeniu: maniak kontroli). Lubie jak wszystko idzie z godnie z planem, a jak nie to potrafie ustalic przyczyny problemu i zaradzic. Lubie jak wiem, gdzie i z czym jestesmy jak mnie ktos zapyta. Czuje sie glupio nie wiedzac. Nieprofesjonalnie wcale, gdy np: zaczynam grzebac po notatniku szukajac informacji pomocniczych.

Czemu tak lubie? Bo lubie wiedziec. Bo potem nikt nie moze mi zarzucic, ze swojej czesci nie zrobilam. Albo zwalic wine za niepowodzenie na mnie. Wiedzac czuje sie bezpiecznie.

I taka tez jestem w domu. Menzu ma swoje obowiazki, ale ja co jakis czas musze sie dowiedziec gdzie sie znajdujemy np: w kwestii planosci za jaka karte kredytowa.

Wyjezdzajac na urlop musze wczesniej wiedziec o okolicy do ktorej jedziemy, co warto zwiedzic, jaka bedzie pogoda czy gdzie znajduje sie najblizszy Lidl ;) Dlatego preferuje kupowanie urlopu w opcji „package holiday” (lot, transfer, hotel), gdzie dostaje potrzebne informacje za wczasu. Wiem, ze po przylocie ktos bedzie na nas czekal i zawiezie nas do hotelu, a potem, ze nas ktos odbierze i zawiezie spowrotem na lotnisko. W ten sposob minimalizuje swoj stres przed nieznanym i przed ryzykiem, ze cos co zaplanowalam pojdzie nie tak.

Wydaje mi sie, ze bylabym strasznym manadzerem. Mialabym niesamowita trudnosc w delegowaniu obowiazkow innym. A jesli juz by mi sie to udalo, pewnie zameczalabym pracownikow pytajac w jakim etapie projektu sie znajdujemy, kiedy mozemy spodziewac sie konca itd itd.

A wracajac do stresu, to nadmiar pracy i moja potrzeba kontroli wszystkiego wokol mnie powoduje ten wlasnie oto stres. Taki ktory sprawia, ze zamiast pracowac, przez ostatnie 20 minut smarowalam tego posta (glownie dlatego, ze nie wiem gdzie rece wlozyc). Wszystko jest na wczoraj. Wszystko na ostatnia chwile. I zapewne bedzie zrobione, ale pomecze przez to moje serducho zwiekszonym cisnieniem.

 

UPDATE

Po wczorajszym wpisie dostalam dzisiaj wiadomosc od szefowej, ze dostala zwolnienie lekarskie na nastepne 3 tygodnie… Czuje jak mi wlosy siwieja… slabo mi… wody…